Koszt odchudzania: jak utrata 168 funtów nie wyleczyła moich zaburzeń odżywiania

9

W wieku 22 lat pracowałam jako hostessa w japońskiej restauracji grillowej hiamachi w Huntington Village. Praca była nudna. Samotny. Jedyny plus? Gratis sos marchewkowo-imbirowy. Wyjęłam go z kuchennego kosza do małych miseczek i zjadłam jak zupę. To wystarczyło.

W tym momencie odchudzałam się z własnej woli przez ponad rok. Ale kontekst jest ważny. Dwa lata wcześniej właśnie wróciłem z sześciomiesięcznej hospitalizacji w klinice w Wirginii. Tam moje zaburzenia objadania się były leczone w jeden sposób: przymusowa utrata wagi. To była zła i okrutna metoda.

Od ósmego roku życia moje ciało uznawano za wadliwe.

Zapisałam się do Strażników Wagi. Lekarze mnie zawstydzili. Nieznajomi szydzili, wykrzykując obelgi przez opuszczone szyby samochodów. Przesłanie było takie samo: zmień swoje ciało, a będziesz miał życie. Ale rezultatem nie było zdrowie. To była spirala w dół. Spędziłem 12 lat w szpitalach i poza nimi. Dwie próby samobójcze. Jedno poważne zaburzenie odżywiania, które nie zniknęło, a jedynie zmieniło swoją formę.

Jak struktura mnie uratowała (i prawie zniszczyła).

Wstyd mnie nie uzdrowił. Uwięził mnie.

Mając 19 lat, po wyjściu z odwyku na Florydzie, odbyłem rozmowę kwalifikacyjną w innej restauracji w Huntington Village. Właściciel spojrzał na mnie. Jej oczy rozszerzyły się. Nie zatrudniła mnie. Zamiast tego usiadła naprzeciwko mnie w ciasnym biurze i śmiała się.

— Jak będziesz przechodził między stołami?
– Jak zmieścisz się w nasz mundur?

Przełknęłam zniewagę. Podziękowała mi. Pobiegła do samochodu i zaczęła płakać. Trzy miesiące później, po ciężkim załamaniu, ponownie przyjęto mnie do tej samej kliniki w Wirginii.

Tam przeżyłem.

Byłem „idealnym pacjentem”. Trzymałem się każdej zasady, bo bałem się alternatywy. Widziałem innych zamkniętych w swoich pokojach. Widziałem, jak odbierano przywileje. Zdałam sobie sprawę, że w niektórych instytucjach wahania wagi uznawane są za kradzież. Jeśli zatrzymałeś dodatkowy ułamek funta, personel oskarżał Cię o ukrywanie jedzenia lub okradanie innych. Nigdy tego nie robiłem. Ale widziałem, co dzieje się z tymi, którzy zostali oskarżeni w ten sposób.

Przeżyłem, ściśle przestrzegając zasad.

Kiedy wróciłem do domu, awarie zaczęły się raz po raz. Bez sztywnej struktury instytucji realny świat wydawał się nie do opanowania.

I wtedy pojawił się zawód baristy.

Kawiarnia. Harmonogram. Przyjaciele. Cel.

Dzięki tej nowej strukturze poczułem zmianę. Moje życie nie ograniczało się już tylko do leczenia. Stała się życiem. Postanowiłem więc znaleźć ciało, którego domagało się społeczeństwo. Traciłem na wadze. Nazwałem to „odzyskiem”.

Ale tak nie było.

Szok związany ze spotkaniem szkolnego przyjaciela

Kiedy schudłam 168 funtów, mój świat się zmienił. Nieznajomi uśmiechnęli się. Drzwi się otwierały. W końcu poczułam, że zasługuję na to, żeby mieć swoje miejsce na tym świecie.

A potem przyszła ta sobota w restauracji hiamachi.

Kolejka była ogromna. Podwójne drzwi. Ludzie ustawili się na chodniku. Ogarnęła mnie panika. Zacząłem tracić rachubę, traciłem wielkość firm: para, czteroosobowa, ośmioosobowa rodzina. Rytm pracy został zakłócony.

I wtedy przez szybę zobaczyłam Brendę.

Proste blond włosy. Równy krój, który ukrywa piegi. Duże pierścienie na każdym palcu.

Wpadła mi w oko. Następnie zakryła twarz dłońmi.

  • Sara!

Najczęściej przypadkowe spotkania z kolegami z klasy w moim rodzinnym mieście były rutyną. Większość była jeszcze na studiach. W Szkole Sztuk Wizualnych (SVA) spędziłem tylko dwa miesiące, po czym wziąłem urlop ze względów zdrowotnych. A potem przyszły szpitale. Trzeci. Czwarty. Piąty.

Ale dzisiaj Brenda tu była.

  • Sara! To ty?! – krzyknęła histerycznie.

Pomachałem słabo ręką. Uśmiechnęła się słabo. Roześmiała się niezręcznie.

– Haha… cześć, Brenda – powiedziałem.

Spodziewałem się małej pogawędki. “Dawno się nie widzieliśmy? Jak się masz?”

Zamiast tego Brenda zaczęła płakać.

Walidacja a wstyd

Nie płakała, bo nie rozmawialiśmy od lat. Nie byliśmy blisko. Nie płakała ze smutku.

Płakała, bo moje ciało stało się „akceptowalne”.

Dla społeczeństwa, moich rodziców, lekarzy, kolegów z klasy – mój rozmiar zawsze był problemem. Teraz, kiedy zobaczyła, że ​​jestem chudy, poczuła ulgę. Jej łzy oznaczały, że wszystko w porządku. I w tym momencie jej uwierzyłem.

Jeśli jestem szczupła, zasługuję na uznanie.
Jeśli pasuję do świata, to mam prawo w nim istnieć.

Czy to prawda?

Patrzyłem, jak łzy spływają po jej policzkach i poczułem wewnętrzne rozdarcie. Część mnie poczuła się doceniona. Spójrz pomyślałem. Ile wysiłku. Ona płacze. Jestem na dobrej drodze.

Ale inna część odczuwała ból nie do zniesienia.

Scena ta powtarzała się wielokrotnie przez następne 16 lat. Każde spotkanie z przeszłością było tego odmianą. Ludzie świętowali mój występ. „Kontynuuj dobrą pracę!” – powiedzieli. A potem zostawili mnie samą ze swoim wcześniejszym potępieniem.

Wiedziałem już, co myślą o „starej” Sarze. Ten obraz żył w każdej komórce mojego ciała. Oszukał mnie, żebym uwierzyła, że ​​zamieniłam jedno zaburzenie odżywiania na inne, zdrowsze.

– Przepraszam… – Brenda otarła oczy. – To po prostu…

Uścisnąłem ją słabo, czując się w jakiś sposób odpowiedzialny za jej łzy. Modliłam się, żeby nikt w kolejce tego nie zauważył. Krzyknęła: „Świetnie wyglądasz!”, chowając twarz w dłoniach.

Iluzja akceptacji

Minęło kilka lat, zanim uświadomiłam sobie, że moje ciało tak naprawdę nie należy do mnie. Pozwoliłam, aby opinie innych ludzi decydowały o tym, jak się odżywiam, jak się poruszam i jak żyję. Patrzyłam na stare zdjęcia siebie – słodkiego, zabawnego dziecka – i nie mogłam zrozumieć, jak doszłam do przekonania, że ​​jestem potworem.

W tamtej chwili z Brenną poczułam się doceniona i upokorzona. Zdezorientowany, ale pewny siebie. Lekcja była jasna: małe jest dobre. Duże jest złe. Licz każdą kalorię. Limit. Kurczyć się. Zrób to, a świat będzie cię kochał, nawet jeśli siebie nienawidzisz.

Przez lata próbowałem rozwikłać ten węzeł krzywdy. Zanurzyłam się w kulturze nie-diety i ruchu akceptacji ciała. słuchałem. studiowałem.

Nawet odzyskałam prawie połowę utraconej wagi.

Całą swoją siłę włożyłam w kochanie swojego ciała takiego, jakie jest. Przestałem się przejadać. Przestałam się ograniczać. Zostałam trenerem zdrowia, aby pomagać innym robić to samo. Pracowała przez krótki czas, po czym odeszła.

Dlaczego? Bo prawda była brzydka.

Nie akceptowałem siebie.
Każdej nocy płakałam w łóżku, marząc o tym, żeby znów być szczupła.
Moje ciało niezależnie od rozmiaru przyciąga opinie, wstyd, pochwały i krzywdę.
Żaden terapeuta nie pomógłby mi oddzielić poczucia własnej wartości od rozmiaru talii. Nie mógłbym poprowadzić innych do akceptacji, gdybym jej nie miał.

Pułapka współczesnego odchudzania

Teraz, wraz z pojawieniem się semaglutydu i leków takich jak Ozempic, znów czuję podziw.

Ruch bodypositive, który dopiero zaczyna nabierać rozpędu, jest w niebezpieczeństwie. Grube ciała, wreszcie widoczne na wybiegach i ekranach, po raz kolejny za pomocą szybkich poprawek spychane są w cień. Przez siedem lat wierzyłem, że obecne pokolenie dzieci wymknie się z tego cyklu. Teraz nie jestem tego taki pewien.

Nic dziwnego, że skrót do utraty wagi cofa postęp.

Wiemy, że BMI (wskaźnik masy ciała) nie jest idealny. Obalamy mity na temat związku szczupłości ze zdrowiem. Jednak po czterech latach rekonwalescencji lekarze nadal mnie oceniają.

Lekarze oferują mi Ozempic. Asystentka dentystyczna pochwaliła moją higienę, a następnie natychmiast kazała mi przestać jeść „śmieciowe jedzenie” wyłącznie ze względu na mój rozmiar. Gastroenterolog, znając moją historię, zasugerował „życie bez obiadu”. Klinika planowania rodziny nie zgodziła się na zapłodnienie in vitro (implantację domaciczną), dopóki nie obniżę mojego BMI.

Odmowa kliniki prawie mnie zabiła.

To spowodowało załamanie. Wróciłam do liczenia kalorii. Do ograniczeń. Nawet wiedząc, że to złe. Nawet wiedząc, że chcę, żeby moje przyszłe dziecko dorastało z mamą, która nie boi się jedzenia.

Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie zamieszkać w swoim ciele bez duchów tych wszystkich nieznajomych, którzy kazali mi schudnąć. Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę słyszeć szlochy ulgi od ludzi, którzy cieszą się, że się „naprawiłam”.

Ale mam nadzieję.

Mam nadzieję, że pewnego dnia obudzę się z własnymi poglądami. Mam nadzieję, że poczuję się jak ja. Mam nadzieję, że społeczeństwo w końcu zrozumie, że rozmiar nie determinuje wartości. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy mogli po prostu istnieć.

Tak jak my.